Blue Monday

Blue Monday

Dziś Blue Monday.
 
Czym jest i dlaczego właśnie dziś?
 
Blue Monday to określenie najbardziej depresyjnego dnia w roku, który ma przypadać w trzeci poniedziałek stycznia,czyli własnie dziś.
 
Wyznaczany jest za pomocą specjalnie stworzonego wzoru, który uwzględnia czynniki meteorologiczne (krótki dzień, niskie nasłonecznienie), psychologiczne (świadomość niedotrzymania postanowień noworocznych) i ekonomiczne (czas, w którym kończą się terminy płatności kredytów związanych z zakupami świątecznymi).
 
O ile do powyższej definicji Blue Monday jak i do koncepcji tegoż dnia można podejść z pewnym dystansem lub z przymrużeniem oka, to do samych objawów depresji już nie.
 
Zapraszamy Was dziś do przeczytania tekstu klientki, która zakończyła terapię w naszym Ośrodku. Opowiada w nim o tym co było dla Niej ważne podczas zmagania się z depresją.
 
Zachęcamy do lektury:
 
Roboczo zatytułowałam sobie ten tekst “Mam odwagę”. I w istocie tak jest – dzięki terapii wreszcie mam odwagę być sobą, podejmować własne decyzje, a rzeczywistość mnie nie przeraża.
 
Dwa i pół roku temu, zanim zdecydowałam się na terapię, zadawałam sobie codziennie pytanie, czy warto. A byłam w naprawdę kiepskim stanie. Psychiatra wysłał mnie na dłuższe zwolnienie, nie czułam kompletnie satysfakcji z pracy, poczucie własnej wartości sięgnęło dna, krucho było z pieniędzmi, a moje życie towarzyskie nie istniało. Potrafiłam spędzać w łóżku całe dnie i na przemian spać i gapić się w sufit. Na przemian nie jadłam i objadałam się śmieciowym jedzeniem. Nawet zwykłe umycie włosów mnie przerastało. Ogólnie rzecz ujmując – było mi absolutnie wszystko jedno, co się ze mną stanie. O depresji wiedziały dwie osoby – przyjaciółka i mój chłopak. Z nikim więcej właściwie nie rozmawiałam. Nie wiedziałam, skąd to cholerstwo się wzięło i jak z tym walczyć. Nie wiedziałam nic, poza faktem, że było cholernie źle.
 
Nieco ponad dwa tygodnie temu zakończyłam swoją terapię. I wiem już jedno: warto było. Nie wiem, kiedy minęły te dwa lata, ale w ich trakcie wywróciłam swoje życie do góry nogami i poskładałam się od nowa. Na moich zasadach.
 
Śmiałam się, gdy słyszałam słowo “terapia”, bo wydawało mi się, że decydują się na nią osoby naprawdę świrnięte, a ja przecież byłam normalna. Wydawało mi się, że skoro terapia, to i leżenie na kozetce i rozwiązywanie testów osobowościowych, opowiadanie o snach i skojarzeniach. Możecie się śmiać, ale miałam naprawdę nikłe pojęcie o tym, jak terapia właściwie wygląda i na czym polega. Pojęcie to kojarzyłam wyłącznie z filmów. Bardzo trudno mi było zaufać obcej osobie, byłam pewna, że to niemożliwe, by ktoś zupełnie mi obcy był w stanie zrozumieć moje problemy. Nie wspomnę, że o czymś takim, jak nurty w psychoterapii, nie miałam żadnego pojęcia.
 
Tymczasem żadnej kozetki nie było, a człowiek na przeciwko mnie był chętny do pomocy. I do słuchania. Nie oceniał, nie krytykował. Twierdził, że nie ma czegoś takiego, jak złe czy dobre emocje – bo wszystkie są potrzebne. Był to dla mnie szok. A już w ogóle czułam się zagubiona w momencie, gdy opowiadałam o jakimś swoim problemie, a terapeuta nie mówił mi, co mam robić. “To za co ja płacę?” – miałam takie myśli. Tymczasem okazało się, że rozwiązania wszystkich moich problemów są we mnie, znam je dobrze. Wystarczy, żebym nauczyła się słuchać swojego ciała, emocji i głowy. Że życie to nie tylko słuchanie zdrowego rozsądku i robienia różnych “trzeba” i “powinnam”, to też zauważanie reakcji organizmu na różne sytuacje. Nauczyłam się te reakcje rozpoznawać, nazywać, przypisywać. I już wiem, że jak bardzo boli mnie brzuch, a nie zjadłam nic zepsutego, to mój organizm wysyła mi sygnał: zwolnij, odpuść, oddychaj.
 
Oddech to też ciekawa rzecz, bo terapia uświadomiła mi, że prawie nie oddycham. Niby taka prosta rzecz – wciąganie nosem tlenu, a ja tego nie umiałam. Oddychałam płytko, wstrzymywałam powietrze, żeby powstrzymać płacz, dusiłam się wewnętrznie. A przy tym nie czułam gruntu pod nogami. Dziś oddycham świadomie i lekko. A gdy mam cięższy moment, pozwalam sobie na chwilę sam na sam ze swoim ciałem i doprowadzam oddech do równowagi. Oddycham, bo to ważne.
 
Dzięki terapii dokopałam się do swoich zasobów odwagi. Dostrzegłam, że doskonale wiem, czego potrzebuję, co lubię, jakie mam w życiu cele. Gdzieś po drodze po prostu zapomniałam, że to ja wiem, co jest dla mnie najlepsze, i pozwalałam innym kierować swoim życiem. Uważałam, że wszyscy dookoła wiedzą lepiej ode mnie, co jest mi niezbędne, co powinnam, a czego nie. Dziś już tak nie myślę. Potrafię się postawić i odcięłam się od toksycznych relacji. Gdy ktoś mi robi krzywdę, sprawia przykrość lub przekracza moje granice, nawet nieświadomie, to mówię wprost: nie pozwalam na to.
Moje życie bardzo zyskało na jakości. Myślę, że depresja to odpowiedź organizmu na zaniedbanie, jakie sobie fundujemy. Ja swoją głowę, emocje i ciało zaniedbałam okrutnie. Dziś już wiem, co było nie tak – przepracowałam to wszystko podczas terapii.
 
Najważniejsza jest jednak świadomość, że mogę w każdej chwili poprosić o pomoc. I to nie jest wstyd. Dotychczas uważałam, że nie mogę być słaba, nie mogę być zła ani smutna, bo mnie nikt nie będzie lubił (mantra mojego dzieciństwa, wiadomo, nikt nie lubi smutnych ludzi). Dziś, jeśli jestem smutna, to sobie na to pozwalam. Mam do tego pełne prawo. Mam prawo się nie uśmiechać, jeśli nie mam na to ochoty. Tak samo mam prawo odczuwać radość, złość, wzruszenie, strach oraz cały wachlarz pozostałych emocji. A gdy przyjdzie kiedyś moment, że gorszy nastrój nie minie, gdy pojawi się depresja, lub jakaś ogromna strata, której sama nie podołam, to poproszę o pomoc. Tak zwyczajnie, po ludzku.
 
To nie był pierwszy epizod depresji w moim życiu i myślę sobie, że gdybym za pierwszym razem odważyła się poprosić o pomoc, nie musiałabym się mierzyć z drugim epizodem. Albo przynajmniej nie czułabym się aż tak źle. Dziś o depresji i terapii potrafię mówić otwarcie. Mam nową pracę, w której nie ukrywam, przez co przeszłam. Nie to, że opowiadam depresyjne anegdotki przy ekspresie do kawy czy na spotkaniu, ale gdy pojawia się jakaś trudność, to mówię o niej wprost. I otrzymuję wsparcie! Dwa – okazuje się, że mnóstwo osób z mojego otoczenia korzysta lub korzystało z pomocy terapeuty. Myślę, że równie sporo osób skorzysta z takiej pomocy w przyszłości. Bo warto, to najlepsza inwestycja w siebie.
 
Dziękuję 🙂

Dodaj komentarz

Close Menu